Te_Deumlaudamus

Jest coś głęboko nieprawidłowego w tym, że Kościół czuje się niekomfortowo, mówiąc o swojej Matce

Kościół bez Matki nie upada z dnia na dzień. Nie ogłasza jej zaginięcia. Nie odrzuca jej formalnie. Po prostu staje się ostrożny. Powściągliwy. Boi się jasności. Wstydzi się pewności. I w krótkim czasie zaczyna brzmieć... nieznajomo.

Kościół bez swojej Matki staje się Kościołem, który nieustannie mówi o towarzyszeniu, ale rzadko o posłuszeństwie. Kościołem, który ceni dialog bardziej niż prawdę. Kościołem, który przedkłada bezpieczeństwo nad świętość. Kościołem, który nauczył się przetrwać burze, dryfując, zamiast zakotwiczać się. I właśnie w tym miejscu się teraz znajdujemy.

Żyjemy w czasach, w których Najświętsza Maryja Panna nie jest otwarcie odrzucana, ale po cichu sprowadzana do drugiego planu. Nie jest odrzucana, ale kontrolowana. Nie jest atakowana frontalnie, ale powstrzymywana, regulowana i unieszkodliwiana.

Powinno to zaniepokoić każdego katolika, który rozumie, w jaki sposób Kościół przetrwał wszystkie burze w swojej historii. Kościół przetrwał bowiem tylko wtedy, gdy pozostawał mocno, publicznie i bezkompromisowo zakotwiczony w dwóch filarach.

Jak widział św. Jan Bosko w swoim wielkim proroczym śnie, Łódź Piotrowa nie przetrwała dzięki zręcznej nawigacji lub kreatywności duszpasterskiej. Przetrwała tylko wtedy, gdy była związana z Najświętszą Eucharystią i Najświętszą Maryją Panną.

Dwa filary. Nie jeden. A kiedy jeden filar słabnie, cała łódź jest narażona.

To, czego obecnie jesteśmy świadkami, nie jest zamieszaniem. Nie jest przypadkiem. Nie jest kiepską katechezą. Jest to celowe ograniczanie instynktu maryjnego, które powoli i ostrożnie uczy katolików myśleć o Maryi tak, jak robią to protestanci.

Szanujcie ją, tak. Podziwiajcie ją, oczywiście. Mówcie o niej ostrożnie. Ale nigdy nie pozwólcie jej przerywać. Nigdy nie pozwólcie jej ostrzegać. Nigdy nie pozwólcie jej korygować. Innymi słowy: pozwólcie jej być obecna, ale nigdy potężna.

To nie jest katolickie. Nigdy nie było katolickie. Kościół już wcześniej miał do czynienia z podobnymi sytuacjami.

W V wieku, kiedy inteligentni ludzie zaproponowali, aby Maria nie była już nazywana Matką Boga, twierdzili, że po prostu dążą do równowagi. Do precyzji. Do niuansów. Ale jeden człowiek od razu zrozumiał, o co toczy się gra. Święty Cyryl z Aleksandrii zrozumiał, że nie chodziło o język maryjny. Chodziło o samego Chrystusa.

Jeśli Maria nie jest Matką Boga, to Chrystus jest podzielony. Kościół rozumiał tę prawdę od wieków. Jednak to, czego herezja nie zdołała zniszczyć otwarcie, strach próbował po cichu zburzyć. Gdy bowiem Maria została uznana za Matkę Boga, strategia wroga uległa zmianie. Nie było już całkowitego zaprzeczenia. Nie było już zdecydowanego odrzucenia. Zamiast tego pojawiło się pomniejszenie.

W epoce nowożytnej kwestia ta przesunęła się z tego, czy Maria była ważna, do tego, na ile mogła być ważna. I tu właśnie tytuły zaczęły znikać.

Wciąż mówiono o Marii, ale ostrożnie. Z miłością, ale w sposób niejasny. Czyszczono ją, ale pozbawiano autorytetu. A ostatnio jej dawne tytuły nagle zaczęto określać jako problematyczne. Nie fałszywe. Po prostu... niewygodne.

Maria jako Współodkupicielka: zbyt wiele.

Maria jako Pośredniczka wszystkich łask: źródło zamieszania.

Maria jako Królowa: przesada. Maria aktywna w wstawiennictwie – wrażliwa duszpastersko.

Zwróćcie uwagę na to, czego nigdy nie powiedziano. Nikt nigdy nie powstał, aby ogłosić te tytuły herezją. Żaden sobór ich nie potępił. Żaden papież nie nazwał ich błędami. Wręcz przeciwnie, zostały one po cichu odłożone na bok w imię ostrożności i ekumenizmu.

Innymi słowy: sprawiały one dyskomfort protestantom. A to powinno nas natychmiast powstrzymać. Ponieważ Kościół nie istnieje po to, aby odzwierciedlać dyskomfort protestantów. Istnieje po to, aby głosić prawdę katolicką.

Kościół, który czuje się niekomfortowo, uznając Maryję za Współodkupicielkę, nie staje się bardziej jasny w kwestii Chrystusa. Staje się nieśmiały w kwestii Krzyża.

Kościół, który waha się nazwać Maryję Pośredniczką wszystkich łask, nie chroni suwerenności Boga. Zaciemnia sposób, w jaki łaska rzeczywiście dotarła do świata: poprzez Wcielenie, poprzez Matkę, którą wybrał Bóg.

Nie jest to przesada. To jest teologia.

Ponieważ rola Maryi zawsze była wyjątkowa, aktywna i świadoma, nie dlatego, że konkurowała z Chrystusem, ale dlatego, że była całkowicie od Niego zależna. A ta zależność przeraża wroga.

Dlatego kolejny krok był nieunikniony.

Jeśli nie można było całkowicie zaprzeczyć tytułom Maryi, to jej głos zostałby wyciszony. Jej ostrzeżenia zostały złagodzone. Jej pilność została ograniczona. Jej intencje podlegają zatwierdzeniu. I tak w dzisiejszych czasach nawet objawienia maryjne nie mogą już przemawiać z autorytetem, ale tylko za pozwoleniem.

Maryja może pocieszać. Może dodawać otuchy. Może inspirować. Ale nie może ostrzegać Kościoła. Nie może korygować pasterzy. Nie może wzywać wiernych do pokuty z pilnością. Musi być bezpieczna. Przewidywalna. Powściągliwa. Matka zredukowana do uczucia. I to powinno brzmieć znajomo. Bo właśnie tak protestantyzm traktuje Marię.

Szanujcie ją. Czcijcie jej miejsce w historii. Ale nigdy nie pozwólcie jej działać. Nigdy nie pozwólcie jej przemawiać z matczyną władczością. Nigdy nie pozwólcie jej stanąć między Kościołem a niebezpieczeństwem.

Ale Kościół katolicki nigdy nie przetrwał w ten sposób. Przetrwał, ponieważ mężczyźni byli gotowi bronić Matki, kiedy jej obrona była niepopularna.

W V wieku tym człowiekiem był św. Cyryl z Aleksandrii. W XX wieku tym człowiekiem był św. Maksymilian Kolbe. Kolbe nie mówił o Maryi ostrożnie. Nie przepraszał za nią. Nie umniejszał jej roli, aby zadowolić współczesny świat. Powiedział jasno, że neutralność wobec Maryi jest niemożliwa. Albo poddaje się się jej płaszczowi, albo gubi się w zamieszaniu.

Zrozumiał to, o czym wielu dzisiaj zdaje się zapominać. Szatan nie boi się Kościoła, który z wdziękiem chwali Maryję. Boi się Kościoła, który całkowicie jej się powierza. Ponieważ Maryja nie zwraca na siebie uwagi. Przyciąga Kościół do Chrystusa – całego, niepodzielnego, obecnego w Eucharystii. I dlatego to ona jest zawsze głównym celem.

W związku z tym należy zadać pytanie – nie z gniewem, nie retorycznie, ale szczerze. Gdzie są głosy, które będą ją teraz bronić? Gdzie są biskupi, którzy powiedzą to, co powiedział Cyryl – bez obawy przed etykietkami? Gdzie są pasterze, którzy będą mówić o Maryi tak, jak robił to św. Maksymilian Kolbe – bez skrępowania? Ponieważ Kościół, który uczy się żyć bez swojej Matki, nie znajdzie nagle odwagi, gdy burza się nasili. Będzie dryfował.

A Kościół dryfujący nie traci wiary od razu. Traci ją stopniowo: osłabiony tytuł, uciszone ostrzeżenie, poluzowany filar. Aż nadejdzie burza.

I to prowadzi nas bezpośrednio do chwili obecnej. Ponieważ to, co stało się z objawieniami maryjnymi w naszych czasach, nie jest przypisem. Jest to znak.

Przez wieki, kiedy Kościół był w niebezpieczeństwie, Bóg posyłał Matkę. Nie po to, aby schlebiać. Nie po to, aby łagodzić. Ale po to, aby ostrzec.

W Fatimie ostrzegła przed wojną, błędem, duszami spadającymi do piekła. W Lourdes wezwała do pokuty. W La Salette płakała i ostrzegła przed apostazją. W Akicie mówiła o ogniu spadającym z nieba i biskupach sprzeciwiających się biskupom. A Kościół, pomimo całej swojej ludzkiej słabości, zrozumiał kiedyś coś istotnego: kiedy Matka mówi z naciskiem, to dlatego, że dzieci są w niebezpieczeństwie.

Ale teraz – w naszych czasach – wydarzyło się coś bezprecedensowego. Objawienia maryjne nie są już oceniane głównie na podstawie ich prawdziwości, ostrzeżeń lub wezwań do nawrócenia. Są oceniane na podstawie ich użyteczności, łatwości zarządzania i braku zakłóceń.

Maryja może mówić, ale tylko wtedy, gdy nie budzi niepokoju. Może się pojawiać, ale tylko wtedy, gdy nie koryguje. Może zachęcać do modlitwy, ale nie do skruchy, która burzy struktury. Może zachęcać do pobożności, ale nigdy nie może wymagać nawrócenia.

Jej głos został uregulowany. I bądźmy szczerzy co do tego, co to oznacza. Matka, która nie może ostrzec swoich dzieci przed niebezpieczeństwem, została pozbawiona macierzyństwa.

To nie jest ostrożność. To nie jest rozeznanie. To nie jest troska o wiernych. To jest powściągliwość. I powinno nas to przerażać, ponieważ pokazuje nam dokładnie, dokąd zmierzamy. Ponieważ w śnie św. Jana Bosko wróg nie atakuje obu filarów jednocześnie. Atakuje jeden. Osłabia go. Rozluźnia. Sprawia, że wydaje się on opcjonalny. I dopiero wtedy kieruje całą swoją furię na drugi.

Maryja jest pierwszym filarem atakowanym przez wroga. Zawsze tak było. Jeśli katolicy będą wychowani tak, aby myśleć o Maryi tak jak protestanci – jako o świętej kobiecie, ale nie jako o Matce obdarzonej autorytetem – to wkrótce katolicy będą wychowani tak, aby myśleć o drugim filarze – Świętej Eucharystii – tak jak protestanci.

Pełen szacunku. Symboliczny. Ale podlegający negocjacjom. I już widzimy tego oznaki.

Cześć eucharystyczna zanika. Wiara w Realną Obecność upada. Święta Ofiara jest traktowana raczej jako zgromadzenie wspólnotowe niż akt boski. Najświętszy Sakrament jest traktowany powierzchownie, przyjmowany bez przygotowania, mniej czczony, mniej chroniony.

Nie łudźcie się.

Kościół, który nauczył się żyć bez Matki, nie znajdzie nagle odwagi, by bronić naszego Pana w Eucharystii, gdy presja się nasili. Ponieważ to Maryja uczy nas klękać. To ona uczy nas przyjmować Chrystusa – nie symbolicznie, nie metaforycznie, ale naprawdę, całym ciałem.

Nosząc Go w swoim łonie, czciła Go przed wszystkimi innymi. Uczy Kościół, jak Go rozpoznać. I właśnie dlatego musi zostać uciszona jako pierwsza. Przestańmy więc udawać, że to wszystko jest przypadkowe.

Nie chodzi tu o przesadną cześć dla Maryi. Nie chodzi o równowagę teologiczną. Nie chodzi o ekumeniczną wrażliwość. Chodzi o to, czy Kościół pozostanie katolicki.

Bo Kościół bez Matki staje się Kościołem bez pamięci. Kościołem bez odwagi. Kościołem bez instynktu. A Kościół bez instynktu łatwo daje się prowadzić nie Duchowi Świętemu, ale strachowi.

Więc teraz nie można już uniknąć tego pytania. Kiedy Maria zostanie zredukowana, kto będzie ją bronił? Kiedy jej ostrzeżenia zostaną złagodzone, kto nadal będzie jej słuchał? Kiedy kolumna eucharystyczna będzie zagrożona, kto będzie już klęczał?

Kościół nie potrzebuje teraz inteligentnych strategii. Nie potrzebuje nowego języka. Nie potrzebuje zabezpieczenia. Potrzebuje świętych!

Potrzebuje odwagi św. Cyryla, który bronił Matki Bożej, gdy zagrożona była sama wiara. Potrzebuje ognia św. Maksymiliana Kolbego, który wiedział, że walka o dusze zawsze przebiega przez Maryję. Potrzebuje też katolików, którzy rozumieją tę prostą prawdę:

Nie chroni się Chrystusa, odsuwając na bok Jego Matkę. Nie ratuje się Kościoła, osłabiając jego kotwice. I nie przetrwa się burzy, dryfując bez celu.

Burza już nadeszła. Filary na razie nadal stoją. Pytanie nie brzmi, czy Kościół zostanie poddany próbie. Pytanie brzmi: czy pozostanie zakotwiczony, czy też zacznie dryfować?

Bądźmy więc szczerzy wobec samych siebie. Kryzysu w Kościele nie rozwiąże oczekiwanie na właściwy dokument, właściwą komisję lub właściwy moment. Historia nigdy nie została w ten sposób uratowana. Wiara była zawsze broniona przez mężczyzn i kobiety, którzy stawiali opór, gdy opór ten coś ich kosztował.

Kiedy Maria została zaatakowana, św. Cyryl pozostał niezachwiany. Kiedy świat pogrążał się w nienawiści, św. Maksymilian Kolbe pozostał niezachwiany. Nie czekali, aż zostaną zaproszeni. Nie czekali, aż zostaną oklaskiwani. Pozostali niezachwiani, ponieważ wymagała tego prawda. A teraz nie jest to już kwestia teoretyczna.

Jeśli Kościół dryfuje, kto go zakotwiczy? Jeśli Matka jest poniżana, kto ją będzie bronił? Jeśli filar eucharystyczny jest zagrożony, kto pierwszy uklęknie i nie ruszy się z miejsca?

Burza nie czeka na zgodę. A Chrystus nie zastanawia się, czy pozostawanie w miejscu jest wygodne.

Nie jest to czas dla widzów, ale dla świadków. Nie dla milczenia, ale dla wierności. Nie dla dryfowania, ale dla zakotwiczenia.

Bądź więc tym, który stoi. Stań po stronie Matki. Stań przed Eucharystią. I pozostań niezachwiany, nawet jeśli jesteś sam.
A teraz udzielam wam mojego błogosławieństwa:
Niech Bóg Wszechmogący da wam siłę, abyście trwali, gdy trwanie jest kosztowne, abyście mówili, gdy milczenie jest bezpieczniejsze, i abyście pozostawali wierni, gdy łatwiej byłoby dryfować.

Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Boga i Matka Kościoła, otoczy was swoim płaszczem, nauczy was z czcią przyjmować swojego Syna i da wam odwagę, abyście bez lęku bronili prawdy.

Niech Najświętsza Eucharystia umocni wasze dusze, podtrzymuje was w burzy i utrzymuje was w stałości, gdy szaleją wiatry zamieszania.

Niech Bóg Wszechmogący was błogosławi w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Amen.

Biskup Joseph E. Strickland

C'è qualcosa di profondamente sbagliato quando …
2552
darek104 ...

pogańskich okupantów

Nostradamus II

Czy Polska to Polin i kolonia okupantow …